| Powrót taty |
|
|
|
| O Różańcu - Świadectwa |
| niedziela, 07 marca 2010 14:09 |
|
Opowieść Tadeusza Od roku pracowałem w holenderskiej spółce, rozwożącej swoje towary po całym świecie. Ja zajmowałem się transportem na terenie krajów europejskich. Po długotrwałym poszukiwaniu pracy takie zajęcie wydawało mi się wymarzone: zupełna wolność, brak przełożonych nad głową, możliwość zwiedzenia tylu krajów i wysokie zarobki. Pozostawał tylko jeden problem - rodzina. Moja żona Daria nie pracowała. Mieliśmy dwoje dzieci - Remika i Martę. Synek był już w trzeciej klasie, a córeczka w pierwszej. Troska o ich utrzymanie i wykształcenie spędzała mi sen z powiek przez długie miesiące przebywania na zasiłku dla bezrobotnych. Gdy wreszcie dostałem tę pracę, rozpierała mnie radość. „Wreszcie skończą się nasze kłopoty finansowe. Daria będzie mogła spokojnie poświęcić się domowi i dzieciom, a ja na nich wszystkich zarobię!" - myślałem. Nie cieszyłem się jednak zbyt długo. Moja rodzina nie była zachwycona tym pomysłem. Tłumaczyłem im jak umiałem, że będę przyjeżdżać do domu raz w miesiącu, że wreszcie będziemy mieli stabilizację. - Co to za stabilizacja, kiedy ciebie z nami nie będzie - żaliła się Daria. - Tatusiu, kto będzie ze mną oglądał mecze? - pytał zmartwiony Remik. - Już nas nie kochasz! - rozpłakała się Martunia. Zamknąłem się w sypialni zły i rozgoryczony. „To ja chcę dla nich jak najlepiej, a oni jeszcze marudzą!". Było mi smutno, ale postanowiłem postawić na swoim. Przyjąłem tę pracę. Jak nietrudno się domyślić, byłem z niej bardzo zadowolony. Przyzwyczaiłem się do nowego trybu życia. Rodzina też przywykła, chociaż nasze pożegnania zawsze były dramatyczne. Wszystko jednak nagle się zmieniło przez wielki karambol na autostradzie koło Monachium, w którym i ja się znalazłem. Mój wóz nadawał się do warsztatu, a ja wylądowałem w niemieckim szpitalu. Szpital powiadomił żonę, która zostawiwszy dzieci pod opieką swojej ciotki, przyjechała natychmiast. Nie miała, gdzie nocować, więc była krótko, ale często rozmawiałem z nią i dziećmi przez telefon. - My, tatusiu - mówiła do mnie córeczka - codziennie z mamą modlimy się za ciebie, żebyś szczęśliwie do nas wrócił. - Tadziu, odmawiamy wieczorem z dziećmi różaniec, bądź dobrej myśli - zapewniała mnie żona. Kiedy wreszcie mogłem samodzielnie się poruszać, wróciłem do domu. Moja rekonwalescencja przebiegała długo. Właśnie w tych dniach zrozumiałem, co jest dla mnie najistotniejsze. - Może pogorszy się nasza sytuacja materialna - powiedziałem kiedyś przy kolacji - ale postaram się o pracę w Polsce. Nie chcę was już zostawiać samych. Nie zdążyłem podnieść do ust kromki chleba, a już cała moja trójka rzuciła mi się na szyję. Byłem im potrzebny. Tylko dlaczego zrozumiałem to dopiero po groźnym wypadku? |